W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Można dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej polityce prywatności.

×
antykwariat@suszek.com.pl
Suszek Books. Więcej niż antykwariat
Suszek Books
Więcej niż antykwariat
Facebook Aukcje Suszek Books na Allegro

Alchemik Słowa – wspomnienie o Janie Parandowskim

2019-10-02

Niedawno trafiła w moje ręce książka wyjątkowa: pierwsze wydanie „Alchemii Słowa” Jana Parandowskiego! Radosny i niezwykle podniecony postanowiłem pochwalić się swoją zdobyczą w mediach społecznościowych…




Okazało się, że znakomita większość osób taką postać jak Parandowski kojarzy dość słabo (albo wcale), głównie jako autora „Mitologii”, której fragmenty są lekturą szkolną. W związku z tym postanowiłem napisać kilka słów na temat życia i twórczości Jana Parandowskiego, a przy okazji pochwalić się swoim zbiorkiem książek Jego autorstwa, oraz jednej o Nim, która wpadła mi ręce niedługo po tym jak posiadłem Alchemię Słowa (I wydanie!).


Notka Biograficzna

Jan Parandowski urodził się 11 maja 1895 roku we Lwowie. Był synem Jana Bartoszewskiego i Julii Parandowskiej. Uczęszczał do C. K. IV Gimnazjum (późniejsze IV Państwowe Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie). W 1913 roku rozpoczął studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego. Studia te przerwała Wielka Wojna, w czasie której Parandowski był internowany w Rosji. Po powrocie do Lwowa w 1920 roku, kontynuował studia, a w 1923 roku uzyskał magisterium z filologii klasycznej i archeologii. Pracował m. in. jako tłumacz, eseista i kierownik literacki. W 1929 roku przeniósł się do Warszawy. Od 1930 roku został członkiem polskiego PEN Clubu[1] (założonego przez Stefana Żeromskiego w 1925 roku), którego był później wieloletnim prezesem. Po II wojnie światowej był jednym z najważniejszych działaczy na rzecz pokoju. W 1948 roku przygotowywał Światowy Kongres Intelektualistów we Wrocławiu. W 1949 został delegatem Krajowej Rady Obrońców Pokoju na Kongres Obrońców Pokoju w Paryżu. W 1958 współorganizował Międzynarodowy Zjazd Tłumaczy w Warszawie. w 1962 został wiceprezesem międzynarodowego PEN-Clubu. Dwa lata później wspólnie z Jerzym Andrzejewskim, Marią Dąbrowską, Stanisławem Dygatem, Karol Estreicherem, Marianem Falskim, Aleksandrem Gieysztorem, Konradem Górskim, Pawłem Hertzem, Leopoldem Infeldem, Pawłem Jasienicą, Mieczysławem Jastrunem, Stefanem Kisielewskim, Zofią Kossak-Szczucką, Tadeuszem Kotarbińskim, Janem Kottem, Anną Kowalską, Julianem Krzyżanowskim, Kazimierzem Kumanieckim, Edwardem Lipińskim, Marią Ossowską, Stanisławem Catem Mackiewiczem, Stanisławem Pigoniem, Adolfem Rudnickim, Arturem „Kajakiem” Sandauerem, Wacławem Sierpińskim, Antonim Słonimskim, Janem Szczepańskim, Władysławem Tatarkiewiczem, Jerzym Turowiczem, Melchiorem Wańkowiczem, Adamem Ważykiem, Kazimierzem Wyką i Jerzym Zagórskim był sygnatariuszem listu protestacyjnego skierowanego do Józefa Cyrankiewicza przeciw cenzurze. W 1975 roku został uhonorowany tytułem doktora honoris causa Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej KUL. Zmarł 26 września 1978 roku w Warszawie. W 1988 roku została ustanowiona z inicjatywy jego żony Ireny, nagroda polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.







„Na początku był Chaos”
Nie przesadzę jeżeli napiszę, że ”Mitologia. Wierzenia i podania Greków i Rzymian” to jednak z najważniejszych książek w moim życiu. Jako mały chłopiec z wypiekami na twarzy słuchałem jak moja ciocia opowiadała mi o Starożytnych Grekach, o ich kulturze i sztuce, o Bogach i Herosach. Męczyłem biedną ciocię żądaniami o nowe opowieści przy każdym spotkaniu – ze względu na to, że to siostra mojej rodzonej matki, a panie mają ze sobą dobry kontakt, spotkania były dość częste, więc bogaty arsenał cioci szybko się wyczerpał. A możliwość słuchania o pracach Heraklesa czy przygodach Tezeusza była dla mnie jak narkotyk, którym nie da się nasycić. Jak mały narkoman próbowałem wyłudzić opowieści od innych dorosłych, tak się jednak składało, że wśród tych, którzy mnie wtedy otaczali, nikt nie znał legend i mitów, których bym jeszcze nie słyszał.

Aby ukoić moją duszę rodzice sprezentowali mi z okazji 11 urodzin „Mitologię” wydaną przez PULS – musieliście ją kiedyś widzieć! – czarna okładka, na froncie maska z grobu w Mykenach (wtedy o tym nie wiedziałem) i biały napis: Mitologia Jan Parandowski. Nie przeczytałem jej wtedy w całości. Zająłem się oczywiście tym co mnie najbardziej interesowało, przygodami herosów, bogów olimpijskich, oraz wojną trojańską, ale później podczytywałem w wolnych chwilach coraz nowsze fragmenty. Do dziś pamiętam jak „odkryłem” Narodziny świata (pierwszy rozdział), które wywarły dość duży wpływ na moje postrzeganie świata. „Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni – a takich było więcej – mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskich nasieni, jakby jedna masa nie uporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza. Z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego świata, wyłoniły się dwa potężne bóstwa, pierwsza królewska para bogów. Uranos – Niebo i Gaja – Ziemia. Oni dali początek wielu pokoleniu bogów.”

Mitologię mimo, że pierwotnie miała być esejem, a obecnie w zbiorowej świadomości funkcjonuje jako lektura szkolna, czyta się jak dobrą powieść. Gdyby jakiś zdolny pisarz dodał dziś dialogi i bardziej dosadnie opisał erotyczne podboje bohaterów, mógłby powstać świetny materiał na serial przy którym Gra o Tron to średniak, na który nie warto zwracać szczególnej uwagi… Jeżeli jakimś cudem nie czytaliście „Mitologii” to polecam. Warto.

A jeżeli lubicie krótkie formy i już przeszliście etap „wykastrowanej” ( to określenie samego Parandowskiego) wersji Mitologii – po latach to chyba mój jedyny zarzut, jest ugrzeczniona, ale rozumiem, że od początku miała być pomocą szkolną i popularyzować Starożytność wśród młodzieży, nie wodząc na szczególne pokuszenie – polecam Erosa na Olimpie.





Król życia


Jest tylko jeden człowiek, którego biografia mogła zostać tak zatytułowana (podobno pierwotnie książka miała się nazywać Alchemia życia, ale nigdzie nie mogłem potwierdzić tej informacji). Oscar Fingal O’Flahertie Wills Wilde, bo o nim oczywiście mowa, urodził się 16 października 1854 roku w Dublinie.

Był synem okulisty sir Williama Wilde`a i poetki lady Jane Wilde. Pochodził z dobrze sytuowanej, zamożnej i wpływowej rodziny. Jako artysta głosił główne hasło estetyzmu „sztuka dla sztuki”. Osoby, które nie znają jego twórczości niechaj się wstydzą i jak najszybciej nadrobią zaległości. Osoby ciekawe losów Oskara odsyłam do książki Parandowskiego. Na zachętę polecam taki piękny kwiatek o Williamie: „Kochał swój kraj i znał go tak, jak nikt przed nim, przemierzył go wzdłuż i wrzesz, zostawiając po drodze młodym farmerkom żywe wspomnienia”.









Dysk Olimpijski – książka na medal


Pierwszym poziomem skojarzeń z Parandowskim zawsze i prawie dla wszystkich będzie Mitologia. Osoby, które kojarzą Oskara Wilde`a nie tylko z Portretu Doriana Greya, może będą miały kiedyś okazję sięgnąć po Króla Życia, przy odrobinie szczęścia i poświęcenia, może sięgną również po inne książki jego autorstwa. Ale raczej zaczną od Mitologii (i najczęściej na niej skończą). A powinni zaczynać (absolutnie wszyscy, w szczególności sportowcy) od Dysku Olimpijskiego. Powieść ta, zapewniła Parandowskiemu jako jedynemu polskiemu prozaikowi medal olimpijski! To nie żart. W latach 1912-1948 odbywał się równolegle z Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi, Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury. Program rywalizacji obejmował: poezję, epikę, rzeźbę, malarstwo, architekturę oraz muzykę.

Najczęściej medale zdobywali polscy graficy (Skoczylas, Konarska i Ostoja-Chrostowski).

Parandowski został uhonorowany brązowym medalem przy okazji Olimpiady w Berlinie w 1936 roku właśnie za Dysk Olimpijski.



Książka i pokój – działacz społeczny




Jak pisałem w notce biograficznej, po II wojnie światowej był jednym z najważniejszych działaczy na rzecz pokoju. W 1948 roku przygotowywał Światowy Kongres Intelektualistów we Wrocławiu. W 1949 został delegatem Krajowej Rady Obrońców Pokoju na Kongres Obrońców Pokoju w Paryżu. W 1958 współorganizował Międzynarodowy Zjazd Tłumaczy w Warszawie. Był aktywnym rzecznikiem współpracy międzynarodowej na rzecz pokoju na świecie. Może gdyby Polska nie znalazła się za żelazną kurtyną miałby okazję współpracować z Józefem Rotblatem oraz Bertrandem Russellem i zaangażować się w ruch Pugwash? W szkicu „Książka i pokój” (Pisma wybrane, Warszawa 1955) Parandowski pisze (jeden mój kolega mówi że „jest napisane” – taki insade joke): „Książka jest prawdziwym symbolem pokoju, bardziej niż jakikolwiek z tych, które upragnionemu ideałowi towarzyszą w wyobraźni ludzkiej.”





Dwie wiosny – PEN Club, Nobel
Parandowski jako człowiek pióra, nie bał się żadnej pracy z nim związanej, był pisarzem, dziennikarzem, recenzentem, redaktorem i tłumaczem. Oprócz esejów, pomocy szkolnych (Przygody Odyseusza, Wojna Trojańska) i biografii (oprócz „Króla Życia”, napisał również świetnego „Pterartkę”) spod jego ręki wyszły spolszczenia „Historii świata” H.G. Wellsa, „Odysei” Homera czy „Wojny Galijskiej” Juliusza Cezara. Oprócz olbrzymiego zainteresowania kulturą klasyczną, tłumaczył też dzieła literatury francuskiej.

Poza pracą literacką Parandowski miał okazję podróżować (i nie chodzi mi tylko o przymusową podróż do Woroneża i Saratowa[2]). Z tych wojaży powstały relacje, które do dziś zachwycają barwnością opisów, feerią szczegółów, po lekturze których człowiek ma wrażenie, że właśnie odbył podróż do opisywanych miejsc (bez zażywania innych psychoaktywnych substancji niż książka). Książki o których mowa to: Rzym czarodziejski (1924), Dwie wiosny (1927) i Podróże literackie (1958). W szczególności polecam „Dwie wiosny” stanowiące zapis wypadów naszego bohatera do Aten oraz na Sycylię.

Jan Parandowski zapisał się na kartach historii jako charyzmatyczny przywódca i organizator życia kulturalnego, przed i po wojennej Warszawy. Od 1933 do 1978 roku był prezesem polskiego PEN Clubu.

Mimo tego że obecnie to pisarz trochę zapomniany, jego talent został doceniony za życia, jeszcze przed II wojną światową rozważano zgłoszenie jego kandydatury do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, do której został nominowany dwa razy (w 1957 i 1959 roku). Tak się jednak składa że po traumie wojennej komitet noblowski niezbyt przychylnym okiem patrzył na klasycystów[3].





Alchemik Słowa


Zanim skończę snutą opowieść o jednym z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku, chciałbym wspomnieć o książce, która była swojego rodzaju pretekstem do napisania tego tekstu.

Poznałem Alchemię Słowa w dwóch wersjach. Pierwszym czytanym przeze mnie wydaniem było drugie z piękną obwolutą Jana Młodożeńca, no właśnie, obwolutą, okazuje się jednak, że pierwotnie miała to być okładka, ze względu jednak na jakiś błąd z drukarni wyszła partia książek z białą okładką i obwolutą, natomiast reszta nakładu ma kolorową okładkę i nie posiada obwoluty… Odkryłem to po kilku latach, kiedy trafił mi się egzemplarz właśnie bez obwoluty. W tym też egzemplarzu jest stopka redakcyjna oraz informacja kto jest autorem okładki, wersja z obwolutą takiej informacji nie posiada mimo, że to dokładnie ten sam projekt. Wydanie drugie jest poszerzone, poprawione i wydrukowane w dużo większym nakładzie. Można by uznać, że jest pod każdym względem „lepsze”. Dlaczego? Bo to zupełnie inna książka. Pisał ją Parandowski starszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony. Wydał zupełnie inny wydawca, pierwsze wydanie było jedną z ostatnich publikacji „Gebethnera i Wolffa”, natomiast drugie ukazało się nakładem warszawskiego „Czytelnika” – piszę tak dla odróżnienia kilku innych spółdzielni „Czytelnik”, które funkcjonowały w kraju jeszcze w latach 50. Natomiast „oryginalną” „Alchemię” pisał Parandowski zaraz po wojnie, rozbity, mający w pamięci traumatyczne przeżycia tego mrocznego czasu, przytłoczony tragedią poszczególnych ludzi i ludzkości jako takiej. Nie sprzyjał mi na pewno fakt, że większość jego książek oraz notatek spłonęło w Powstaniu Warszawskim, może odrobinę pomógł klimat powojennego Krakowa stanowiącego przystań dla ludzi, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać właściwie od zera w kraju, który podnosił się po największej tragedii jaka go spotkała kiedykolwiek. Te dwie książki i ci dwaj pisarze różnią się do siebie. Czy w stopniu wystarczającym, aby moja ocena mogła zostać uznana za uzasadnioną? To oceńcie sami.

Mimo parokrotnej lektury „Alchemii Słowa” zastanawiam się czym ta książka właściwie jest. Zbiorem esejów na temat warsztatu pisarza? Wariacją na temat ulubionych tematów literackich autora? Literackim pamiętnikiem? Quasi-autobiografią? Podręcznikiem dla początkujących ludzi słowa? Nie mam pojęcia. Pewnie wszystkim po trochu. Na pewno jest książką, która wepchnęła mnie jeszcze głębiej w świat literatury, rozbudziła jeszcze większe czytelnicze fascynacje i pisarskie ambicje. Zaogniła miłość do książek i kultury europejskiej. Otworzyła też na kilka tytułów, po które pewnie nigdy bym nie sięgnął z własnej nie przymuszonej woli (np. Karafka La Fontaine`a[4]). Mogę spokojnie napisać, że obok „Mitologii”, Alchemia Słowa była jedną z książek, które wywarły wpływ na moje życie (ta konkretna na zawodowe). Czy każdy powinien sięgnąć po książkę Parandowskiego? Nie mam pojęcia. Na pewno każdy kto chce czerpać przyjemność intelektualną z lektury, powinien to zrobić.

Chciałbym w tym miejscu zacytować książkę Wacława Studenckiego „Alchemik Słowa. Rzecz o Janie Parandowskim” (jak wspomniałem na początku posiadam od niedawna jeden z 500 wydanych egzemplarzy w swoich skromnych zbiorach, i to nie byle jaki! Z dedykacją dla Pani Aleksandry Mianowskiej):

„Warsztat literacki Jana Parandowskiego nazwano pracownią alchemika, w której humanista – erudyta cyzeluje polszczyznę klasyczną, na wzór arcydzieł antycznych i renesansowych, w której mistrz słowom daje życie.”

Jest coś magicznego i pięknego w życiu i twórczości Jana Parandowskiego. Jakieś odbicie antyku, którego dziś nam tak brakuje.

Jeżeli chcecie odnaleźć choć kawałek, polecam Jego książki.

Zapraszam też do dyskusji. Czy Parandowski rzeczywiście jest pisarzem zapomnianym?



ŁS



[Przypisy]

[1] Ang. Pen – pióro, jest to też skrót od Poets, Essayists, Novelists – poeci, eseiści, noweliści

[2] Miasta w Rosji

[3] Popularna plotka głosi że z tych samych powodów Nagrody Nobla nie otrzymał Zbigniew Herbert, ale ta postać to temat na osobny wpis

[4] Melchior Wańkowicz i jego twórczość to również tematy na osobny wpis.



[Wybrane utwory]



Bolszewizm i bolszewicy w Rosji (1920)
Antinous w aksamitnym berecie – rzecz o Oskarze Wildzie (1921)
Mitologia (1924)
Dysk olimpijski(1933)
Król życia (1930, biografia Oscara Wilde’a)
Niebo w płomieniach (1936)
Eros na Olimpie (1924)
Dwie wiosny (1927)
Trzy znaki zodiaku (1938)
Godzina śródziemnomorska (1949)
Alchemia słowa (1951)
Zegar słoneczny (1953, opowiadania o Lwowie)
Petrarka (1956, biografia Petrarki)
Mój Rzym (1959)
Z antycznego świata (1958)
Wojna trojańska (1927)
Przygody Odyseusza (1935)
Odwiedziny i spotkania (1934)
Akacja (1967)
Powrót do życia (1961)
Pisma wybrane (1955)
Dzieła wybrane tom 1-3 (1957)
Wrześniowa noc (1962)
Tłumaczenia

Prawdziwa powieść murzyńska René Marana(1923)
Historia świata Wellsa (1924)
Dafnis i Chloe (1925)
Życie Karola Wielkiego Einharda(1935)
Wojna domowa Juliusza Cezara (1951)
Odyseja Homera (1953)
Relacje z podróży

Rzym czarodziejski (1924)
Dwie wiosny (1927)
Podróże literackie (1958)